PO w Regionach

18-03-2010 Róża Thun: Polityka jest taka, jaką my ją robimy
„No i jak? Weszłaś w to stado wilków. Nie żałujesz?". Odkąd zapisałam się do Platformy przerażająco często słyszę takie pytanie. Mam wrażenie, że nawet nie dlatego, że to jest akurat ta partia, ale że w ogóle dołączyłam do grona polityków. A może dlatego, że dołączyłam do grona polityków krakowskich? Bo to pytanie najczęściej pada w Krakowie właśnie.

Przez wiele lat funkcjonowałam poza strukturami partyjnymi, mimo głębokiego przekonania, że o jakość partii trzeba dbać najbardziej, bo bez nich nie funkcjonuje dzisiaj żadna demokracja. Mimo to wystąpiłam dawno temu z Unii Wolności. Nie tylko dlatego, że byłam zniesmaczona (żeby nie powiedzieć: zgorszona) poczynaniami Pawła Piskorskiego, a po jego odejściu zbyt wolnym odstępowaniem od destrukcyjnych praktyk. Oczywiste dla mnie było, że praktyki „pompowania" kół, dominowania ich „swoimi ludźmi", „wycinania" na listach wszystkich, którzy nie byli częścią kliki, są egoistyczne i krótkowzroczne. „Piskorski pędzi na krótkich nóżkach" - mówiłam kolegom, zafascynowanym jego skutecznością i pięciem się w górę. Przecież on nawet zmienił porządek administracyjny w Warszawie, żeby jako gospodarz miasta mieć lepszy instrument walki o fotel prezydenta kraju. Z tego instrumentu skorzystał jego następca... Lech Kaczyński. Jednak moja motywacja do wystąpienia z partii była przede wszystkim pozytywna. W tym czasie najważniejsza dla Polski była perspektywa członkostwa w Unii Europejskiej. Rządziło SLD z Leszkiem Millerem na czele. Populiści straszyli i Niemcami, i postkomunistami: Niemcy nas wykupią, a eseldowcy wzmocnią się wygranym referendum. Wiele osób obawiało się, że „TAK" w referendum będzie oznaczało „TAK" dla rządu Leszka Millera - w końcu to on prowadził ostatnie negocjacje z Unią. Te dwie sprawy trzeba było rozdzielać. Jako bezpartyjna docierałam do tych, którzy politykom nie ufali, a zawsze było ich bardzo wielu... Na słynne już Parady Schumana zapraszałam wszystkich, z każdej strony politycznej. Czerwoni mi zarzucali, że jestem zbyt prawicowa, konserwatyści - że bratam się z Kwaśniewskim, księża - że jestem liberalna, a liberałowie - że zieje ode mnie klerykalizmem. I z tym profilem gościłam wspaniałe tłumy na ogromnych konferencjach i debatach, a barwne marsze poparcia dla Unii Europejskiej gromadziły tysiące ludzi różnych barw politycznych z wszystkich stron Polski i blokowały ruch w Warszawie. Nasze wejście do Unii było racją stanu, celem ponad wszelkimi innymi interesami.

Dzieciom obiecywałam, że jak się skończy referendum, to będę trochę więcej w domu. Nie mieli zresztą do mnie pretensji, bo zdawaliśmy sobie całą szóstką sprawę z tego, że moment jest niezwykły, poważny i że taka szansa się już przez wiele, wiele lat nie powtórzy. Pozostałam poza nurtem partyjnym. Przedstawiciel Komisji Europejskiej musi być totalnie neutralny. To, mogę dziś szczerze powiedzieć, była dla mnie trudna szkoła życia. Szczególnie w czasach rządów braci Kaczyńskich. W atmosferze, która towarzyszyła wizytom komisarzy, przewodniczącego Komisji Europejskiej czy innych wysokich urzędników Komisji, dokonywałam cudów, żeby nie wyjeżdżali z Polski z makabrycznym wrażeniem. Starałam się wykorzystać każdą wolną minutę w programie, a raczej wyrwać z programu minutę, by zorganizować dla gościa z Brukseli spotkanie z ludźmi spoza rządowych sfer. Chciałam, żeby widzieli, że tu nie wszyscy są tacy sami. Wykorzystywałam każdą okazję, żeby pokazać im kawałek prawdziwego życia: wystawę sztuki współczesnej, słynną bibliotekę uniwersytecką na Powiślu, zawieźć do Krakowa, zabrać na choćby kawałek koncertu w nabitej sali. Do dziś, przy różnych spotkaniach w Brukseli czy w Strasburgu, słyszę dobre echa tamtych wizyt. Jakże zmieniła się atmosfera rozmów z odwiedzającymi nas Komisarzami wraz ze zmianą rządu! Nie zapomnę negocjacji wokół pakietu klimatycznego i wszystkiego, co łączy się z opłatami za emisję CO2. Twarde rozmowy, Komisja ustępowała krok po kroku, niezadowolona, ale z uznaniem i z szacunkiem dla merytorycznie przygotowanych partnerów. Pozostając wzorowym i neutralnym urzędnikiem, po prostu puchłam z dumy widząc, jakiej wagi nabiera polskie stanowisko i polski głos w Unii Europejskiej.

Propozycję Premiera Donalda Tuska, żeby włączyć się w nurt polityczny i kandydować do Parlamentu Europejskiego, przyjęłam, mimo totalnego zaskoczenia, z wdzięcznością jako zaszczyt i zobowiązanie.

Nie jest łatwo pracować przez trzy tygodnie na miesiąc w komisjach Parlamentu Europejskiego i w grupie politycznej w Brukseli, na tydzień w miesiącu jeździć na głosowania do Strasburga, w piątki, soboty i poniedziałki do południa pracować w okręgu wyborczym i na kawałek niedzieli jechać do Warszawy. Tak mniej więcej wygląda mój rytm życia. Z drobnymi wyjątkami, kiedy na przykład jadę na kilka dni na spotkania z Knesetem do Tel Avivu i Jerozolimy. Czy ktoś kiedyś mówił, że będzie łatwo? Nawet nie mówił, że będzie ciekawie, a moje życie jest ciekawe.

Zmiana, jaka nastąpiła w moim życiu, przejście z roli urzędnika do roli polityka, daje mi uczucie wolności i suwerenności, które po moim kilkuletnim doświadczeniu w Komisji, cenię sobie niezwykle. Pracując w Komisji, nigdy nie głosiłam ani nie robiłam niczego, co byłoby sprzeczne z moim sumieniem lub poglądami, ale nie mogłam angażować się w sprawy i działania, które bardzo mnie kusiły. Reprezentując Polskę w Unii Europejskiej oraz angażując się w życie PO w Małopolsce i w Świętokrzyskiem realizuję moją wizję demokracji. W Parlamencie ogromnie korzystam z wiedzy, znajomości i umiejętności nabytych w Komisji. Kiedy słyszę, jak koledzy z innej partii mówią, że się nudzą - włosy stają mi na głowie: to jest pasjonujące zajęcie! Jeśli ktoś prawdziwie się angażuje, jest obecny i pracuje, to rzeczywiście ma się coś do powiedzenia i wpływ na decyzje.

Podczas kampanii wyborczej czułam się jak wypuszczona na wolność. Do współpracy mogłam dobrać sobie, kogo chciałam. To był czas mojej własnej aktywności, a nie wykonywania zadań, to był czas pisania programu, minimalnej biurokracji, szybkich reakcji, ogromnej ilości spotkań z ludźmi, z mediami, tworzenia zespołu i grupy - wszystkiego, co jest moim żywiołem.

W dodatku powrót do Krakowa i odwiedzanie miejsc mojej młodości sprawiały mi ogromną radość. Zamieszkałam w mieszkaniu, w którym się urodziłam. Na ulicach zaczepiali mnie ludzie, z którymi chodziłam do szkoły, na religię czy studiowałam na UJ, a potem przez wiele lat mojego intensywnego życia, pracy i wychowywania czwórki dzieci, nie miałam czasu się kontaktować. Nie tylko nie mieli żalu z powodu mojego wieloletniego milczenia, ale z zapałem włączali się w kampanię. Nie wiem, jak im wszystkim podziękować i zapewnić, że robię wszystko, aby wykonać to, co mi powierzyli.

Kampania wyborcza pozwoliła mi przyjrzeć się strukturom krakowskiej i małopolskiej Platformy. Poznałam ogromny potencjał tych środowisk, jak i jego niepełne wykorzystanie w sprawach istotnych dla milionów mieszkańców miasta i regionu. Już jako europosłanka szybko uległam namowom dołączenia do grona członków partii i włączenia się w nurt prac. Stanie z boku (i nie daj Boże narzekanie!) nigdy nie daje prawdziwej satysfakcji ani niczemu dobremu nie służy.

Może to kwestia mojego wieku i moich własnych doświadczeń, może pamięci przekazanej mi przez Rodziców i starszych przyjaciół, ale ciągle mam silną świadomość życia w czasie niezwykłym, uczestniczenia w rodzącej się demokracji, w odradzającej się Polsce i w społeczeństwie, które ciągle jeszcze definiuje wzajemne relacje i struktury publiczne. Mam poczucie, że ten niezwykły moment historii, którym było odzyskanie wolności i wejścia w ład europejski, dopiero się zaczął. Że jest ciągle jeszcze in statu nascendi (w trakcie powstawania - przyp. red.), jest ważniejszy, niż wszystko inne, a umacnianie go jest moim celem i wymaga maksymalnego zaangażowania.

W polityce lokalnej widać z większą dokładnością silne strony i słabości ludzi wybranych do sejmików, rad czy zarządów. I tu, w Krakowie, nasza - Platformy - odpowiedzialność jest ogromna. Szybko rozchodzi się wieść o tym, co udało się zrobić dobrego, ale niestety o wiele szybciej wieść o tym, czym chwalić się byśmy nie chcieli. To my formujemy opinię o tym, jaka jest polityka, dajemy przykład - ten bezpośredni, a nie medialny, odległy, czasem wręcz nierealny - „Przepraszam, czy to pani Róża? Ta z długim nazwiskiem? Widziałem panią w telewizji, ale tak jakoś pani zwyczajnie wygląda...". My, tu na miejscu, jesteśmy osobami z krwi i kości, my - członkowie Platformy - partii rządzącej, partyjne koleżanki i partyjni koledzy Donalda Tuska. Tak na nas patrzą, a jak nas widzą?

Otóż najważniejsze jest dla mnie, aby widziano nas jako zespół ludzi angażujących się wspólnie w dobre zorganizowanie życia w Krakowie. Jako ludzi przyzwoitych, porządnie pracujących i podejmujących rozsądne decyzje. Kiedyś powiedziałam, że odpadły od nas plewy i przez wielu partyjnych kolegów zostałam skrytykowana za zbyt mocne słowa. Więc może powiem inaczej: w Radzie Miasta Krakowa zostało w Platformie ziarno i chciałabym, żebyśmy tak mądrze i lojalnie się zachowywali, jak właśnie ci radni. Bo lojalność i uczciwość to są cechy i sposób zachowania, bez których nie będziemy odgrywali roli, jaka się należy pierwszemu po stolicy miastu w Polsce i regionowi, jakim jest Małopolska. Udawanie, że jest nas 2500 i mówienie o tym z przymrużeniem oka jest żałosne i żenujące. Czy naprawdę nie stać nas na nazywanie rzeczy po imieniu?

„Na zjeździe liczy się tylko arytmetyka" - powiedział mi z dużym przekonaniem kolega partyjny. Więc zamiast planować dalekosiężnie i ambitnie, przygotowywać plany na kampanię wyborczą i na nowe, lepsze zarządzanie miastem, liczymy „szabelki", układamy tabelki, składamy różnym członkom przeróżne obietnice, jakich to dostąpią zaszczytów, jeśli tylko zagłosują na X. Nieźle jest przy okazji jakąś nieżyczliwą plotkę wpuścić tu i ówdzie, a nuż osłabi konkurenta? „Polityka jest brudna i tego nie unikniemy" - mówią mi inni partyjni koledzy. Mylą się. Polityka jest taka, jaką my ją robimy. Cieszę się, że miałam okazję w stosunkowo krótkim czasie spotkać się z tak wieloma członkami Platformy. Cieszę się, że tak wiele osób odwiedza moje biuro. Rozmowy w środowisku krakowskiej Platformy Obywatelskiej pokazują wyraźnie, jakie są oczekiwania, ale i jakie są możliwości jej członków. A jest wśród nich wielu świetnych ludzi, którzy się zapisali, bo chcą dbać o Kraków i o Polskę, bo wiedzą, że aktywność w Platformie jest do tego dobrą drogą. Jest wśród nas wiele osób znakomicie wykształconych, o znacznym dorobku społecznym, cieszących się autorytetem w swoich środowiskach, ludzi w różnym wieku i z różnymi uzupełniającymi się doświadczeniami, ludzi, którzy realizują ambitne kariery zawodowe, i takich, których życie jest spełnione, a uczestniczenie w życiu publicznym postrzegają jako służbę. Wielu z nich także żenuje to napinanie muskułów. Ktoś mi mówi, że tak jest we wszystkich partiach, że tak już się w Krakowie przyjęło, że tak jest od lat. I w ten sposób właśnie przegrywamy wybory na prezydenta miasta, pozwalamy, żeby Kraków był coraz bardziej zadłużany, dudnił rozbałaganionym Rynkiem, słynął z taniego piwa i żył bez wizji i dalekosiężnego planu rozwoju. W Krakowie, jednym z najwspanialszych miast Europy, tak być nie musi - i właśnie Platforma Obywatelska może to zmienić.

W Krakowie jest bardzo wielu wyborców Platformy. Wygrywamy tu wybory. Ale czy dlatego, że nas tak podziwiają, że nam ufają? Czy mamy taką znakomitą opinię i prasę? Obawiam się, że w ogromnym stopniu korzystamy z zaufania i poparcia mieszkańców Krakowa dla rządu PO, korzystamy ze stosunku, jaki mają wyborcy do Donalda Tuska i jego ekipy. Powinniśmy się poważnie zastanowić, w jakim stopniu to my przyczyniamy się do dobrych wyników Platformy, a w jakim to ona ciągnie nas w górę. Nadszedł czas, żebyśmy w Krakowie rozpoczęli szczerą i poważną debatę w Platformie, to znaczy w kręgu przyjaciół, ludzi, którym chodzi o coś więcej, niż własna karierka na krótkich nóżkach.

Wygrajmy nadchodzące wybory na prezydenta Krakowa, mamy wspaniałego kandydata. Zorganizujmy tak kampanię wyborczą, żeby to właśnie radni Platformy podejmowali decyzje zdecydowaną większością. Do tego trzeba się starannie przygotować. Na listy musimy wystawić ludzi sprawdzonych, z różnych środowisk, przy porozumieniu wszystkich. Chciałabym wyłonić spośród nas i może spośród środowisk społecznych ciało rekrutujące kandydatów. Dobrać ludzi do zadań tak, by im godnie sprostali i aby pochodzili z różnych środowisk Platformy. Zarząd musi reprezentować wszystkich, nie tylko jedną, dobrze rozumiejącą się grupę. Wszyscy wiemy, że są między nami różne zaszłości i nie zawsze łatwo jest usiąść do stołu, ale pozostawmy politykę historyczną PiS-owi i umacniajmy Platformę w Krakowie ze świadomością, że tylko suma naszych umiejętności, suma środowisk, które reprezentujemy, suma naszej pracowitości umożliwi nam wygranie Krakowa, a potem dobre nim zarządzanie.

Powinniśmy w krakowskiej Platformie Obywatelskiej zacząć od nowa, nie niszcząc niczego, co już zbudowaliśmy i osiągnęliśmy. Wykorzystajmy czas wyborów wewnętrznych, aby z nową energią rozpocząć prace prowadzące do sukcesu Krakowa, ale i do sukcesu każdego z nas. Chcę się do tego przyczynić.

Róża Thun

Źródło: Platforma Obywatelska region małopolski

Lista artykułów

1      30    31    32    33    34    35    36    37    38      38

Ludzie Platformy Obywatelskiej

Regionalne serwisy PO

Biuro Krajowe PO, ul.Andersa 21, 00-159 Warszawa
tel.: (0 prefix 22) 635-78-79, (0 prefix 22) 831-55-07
fax: (0 prefix 22) 635-76-41
Redakcja serwisu PLATFORMA.ORG
ul. Marszałkowska 87 lok. 85
tel.: (0 prefix 22) 402 42 01 wew 118
www@platforma.org
Instytut Obywatelski PO RP
ul. Marszałkowska 87 lok. 85 00-683 Warszawa
tel. (0 prefix 22) 402 42 01 wew 116
fax (0 prefix 22) 402 42 01 wew 113
instytutobywatelski@platforma.org