Lepiej wpływać na decyzje niż je blokować
O finansach unijnych, wyższości wpływu na decyzje nad ich blokowaniem, kosztach zadań stojących przez Unią i konstruowaniu budżetów UE rozmawiamy eurodeputowaną PO Sidonią Jędrzejewską.
Platforma.org: Eurodeputowani przegłosowali sprawozdanie postulujące żeby podnieść budżet Unii o 5 proc., ale to chyba gest bardziej polityczny niż realny. Ten budżet chyba konstruuje się inaczej.
Sidonia Jędrzejewska: Nie, jest to realny postulat, bo to co przegłosował Parlament Europejski, jest pierwszym stanowiskiem którejkolwiek z instytucji unijnych dotyczącym wieloletnich ram finansowych po 2013 roku. Te ramy, które obowiązują od 2007 do 2013, kończą się. Komisja Europejska pod koniec czerwca zaprezentuje swoją propozycję wieloletnich ram finansowych (WRF). Zaproponuje najprawdopodobniej znowu siedmioletni budżet, mimo że w traktacie lizbońskim nie jest to wyraźnie określone. Traktat mówi o okresie co najmniej pięcioletnim. Parlament postuluje utrzymanie siedmiolatki.
Istotne jest to, że jesteśmy pierwsi, którzy powiedzieli, w jakim kierunku polityki unijne powinny zmierzać i jak powinny być finansowane. W sprawozdaniu powiedziano jasno, że, aby Unia Europejska mogła kontynuować swoje fundamentalne polityki czyli politykę spójności i wspólną politykę rolną oraz sprostać nowym zobowiązaniom związanym z dyplomacją, polityką bezpieczeństwa, z innowacyjnością, ze strategią Europa 2020, budżet wieloletni powinien wzrosnąć o co najmniej 5 proc. Czy to jest realne? Uważam, że jest to absolutne minimum. Jeżeli patrzymy na budżet na rok 2011, to wzrósł on o 2,91 proc,. w porównaniu z budżetem na rok 2010. Parlament chciał 6 proc., Rada się wahała, w końcu stanęło na 2,91 proc. Jak się zaczyna negocjować dwa lata przed finałem negocjacji, to trudno, żeby ktoś zaprezentował swoje ostateczne stanowisko. Tak jak mówiłam te 5 proc. to absolutne minimum, bo Unia Europejska nie może otwierać nowych obszarów, podejmować nowych działań, dbać o solidarność globalną, angażować się w zwalczanie zmian klimatu, wspierać innowacyjność, troszczyć się o bezpieczeństwo, prowadzić wspólną politykę imigracyjną, wspierać południowych sąsiadów w zmianach demokratycznych, itd. bez wystarczających funduszy. Tak się nie da.
Tak, ale z drugiej strony kraje, które najwięcej łożą do unijnego budżetu, już opowiedziały się za zamrożeniem wydatków. Skąd brać te pieniądze?
Jednym z istotnych elementów sprawozdania jest propozycja powrotu do tzw. środków własnych, czyli tego, o czym ojcowie – założyciele myśleli. Już w traktatach rzymskich jest jasno powiedziane, że Wspólnoty mają się utrzymywać ze środków własnych. Z czasem stało się tak, że większość dochodu do budżetu unijnego pochodzi ze składek z budżetów państw członkowskich. Oznacza to, że obecna sytuacja, w której wkłady do budżetu unijnego pochodzą bezpośrednio z budżetów narodowych, prowadzi do bardzo niezdrowej debaty - która dla Polski jest też dość niebezpieczna - a mianowicie debaty o tym, kto wpłaca więcej, kto wypłaca mniej i kto więcej dostaje. Rzadko mówi się o dodatkowych korzyściach wynikających z integracji – gospodarka niemiecka czy holenderska ma wymierne korzyści ekonomiczne z tego, że rynek dla ich eksportu się poszerzył. Tego się w ogóle nie uwzględnia w tych bilansach.
Powstanie prawdziwych środków własnych prowadziłoby do ukrócenia tej debaty i prawdopodobnie umożliwiłoby zwiększenie dochodów UE. Komisja Europejska już w zeszłym roku do swojego przeglądu śródokresowego dołączyła katalog możliwych "kandydatów" na podatek europejski. Oczywiście już samo określenie "podatek europejski" wzbudza ogromne kontrowersje, bo nikt nie chce płacić podatków, a już zwłaszcza na Unię Europejską. Prawda jest taka, że już w tej chwili Unia Europejska - nie jest to wiedza tajemna - utrzymuje się z pieniędzy podatników, no bo niby z czego ma się utrzymywać. Są pewne wyjątki, bo część dochodu jest generowana przez kary, które Komisja Europejska nakłada na firmy, część pochodzi z ceł, itd. Jednak te dochody są niewielkie w porównaniu z tym, co wpłacają państwa członkowskie z podatków, które ściągają od obywateli.
A zatem, jakie to miałyby być daniny? Pomysłów jest kilka. Np. bardzo niebezpieczne dla Polski - podatki związane z emisją dwutlenku węgla. Inne, już bardziej przyjazne dla naszej gospodarki, to daniny związane z podatkiem od transakcji finansowych albo od działalności finansowej. Inne propozycje wchodzące w grę, to podatki związane z dominującą pozycją na rynku, z eksportem. Tych możliwości jest bardzo wiele. Dyskusja jest bardzo trudna, bo zmiana obecnego systemu finansowania wymaga jednomyślności w Radzie. Tymczasem kilka państw członkowskich jest bardzo zadowolonych z obecnego systemu, bo korzysta ze skomplikowanego, korzystnego dla siebie mechanizmu rabatów. Te państwa nie widzą powodów, dla których miałyby z tego zrezygnować. Praktycznie oznacza to, że obecny system przy wszystkich swoich słabościach wykazuje ogromną siłę trwania. Co nie znaczy, że z dyskusji trzeba rezygnować. Na pewno trzeba ją rozpocząć, bo może doprowadzi do zgody chociażby na częściowe wprowadzenie dodatkowego dochodu do budżetu unijnego, który mógłby finansować nowe potrzeby. Trzeba o tym mówić, bo jesienią zeszłego roku, kiedy negocjowaliśmy budżet na ten rok, a byłam wtedy generalnym sprawozdawcą PE, okazało się, że problemem jest sama rozmowa na temat unijnych pieniędzy. Kilka państw członkowskich, w tym najbardziej hałaśliwa Wielka Brytania, twierdziło, że Parlament Europejski w ogóle nie ma prawa do wypowiadania się o dochodach Unii, że jest to wyłącznie kompetencja państw członkowskich i parlamentów narodowych. Ja się oczywiście z takim stanowiskiem zgodzić nie mogę, bo moim zdaniem żaden element unijnego budżetu nie powinien być tematem tabu, tym bardziej w czasach kryzysu. Rozmawiać trzeba, potrzeb jest coraz więcej, kraje członkowskie bardzo chętnie wymyślają nowe zadania Unii Europejskiej. Za chwilę Unia Europejska będzie zwalczała bakterie w Niemczech i płacić odszkodowania dla rolników. Ciekawe skąd ma na to wziąć pieniądze?
Traktat lizboński wprowadził zmiany w sposobie konstruowania unijnego budżetu. Teraz Parlament Europejski ma chyba więcej do powiedzenia w tej sprawie?
Funkcjonuje przekonanie, że TzL wzmocnił PE. Jeżeli chodzi o budżet wieloletni, to interpretacje są różne. Moja nie jest "mainstreamowa", ale ekstrawagancka. Mianowicie uważam, że Parlament Europejski bardzo stracił, jeżeli chodzi o uprawnienia dotycząc wieloletniej perspektywy finansowej. W tej chwili wieloletnie ramy finansowe są zapisane traktatowo. Wcześniej funkcjonowało tzw. porozumienie międzyinstytucjonalne, czyli porozumienie Rady, Parlamentu Europejskiego oraz Komisji Europejskiej. Niepotrzebna była jednomyślność, która nas bardzo ogranicza w możliwości uzyskania porozumienia z naszym partnerem, czyli z Radą. Zawsze będzie kilka państw, które powiedzą "nie". Wg traktatu lizbońskiego wszelkie zmiany w wieloletnich ramach będą znowu wymagały jednomyślności. Czyli teraz rola Parlamentu się zmniejszyła. Natomiast ci, którzy twierdzą że Parlament otrzymał więcej władzy, mają tylko jeden argument, że wieloletnie ramy finansowe mogą ujrzeć światło dzienne dopiero wtedy, kiedy propozycja Rady otrzyma zgodę Parlamentu Europejskiego. Czyli wygląda to tak: Komisja Europejska coś proponuje, Rada to zmienia i uchwala, a Parlament może wg traktatowej procedury zgody powiedzieć "tak" albo "nie". Moim zdaniem to żaden zysk.
O wiele większe znaczenie polityczne ma możliwość wpływu na coś niż możliwość blokowania. Wiadomo, że nikt nie weźmie na siebie politycznego ciężaru odpowiedzialności za zawetowanie wieloletnich ram finansowych. Stąd jednym z postulatów - zresztą bardzo silnie promowanym przez przewodniczącego Jerzego Buzka w zeszłym roku – było to, by już w tej chwili rozmawiać z Radą o tym, jak mamy do tej zgody dochodzić, a nie tylko czekać aż przyjdzie moment, że trzeba będzie powiedzieć "tak" albo "nie". I tutaj jest ogromne zadanie dla polskiej prezydencji, bo to nasza prezydencja będzie musiała ten postulat zrealizować, czyli wymyślić metodę, w jaki sposób Parlament Europejski ma być zaangażowany w tworzenie WRF. To jest zadanie absolutnie pionierskie, bo nikt nie wie, jak to ma wyglądać. Mam nadzieję, że metoda wypracowana przez nasze Ministerstwo Spraw Zagranicznych przetrwa, zaistnieje w prawie wtórnym, w tradycji albo w dobrym obyczaju współpracy międzyinstytucjonalnej i przejmą ją później Duńczycy. Tym bardziej, że Parlament, który popiera "duży" budżet unijny, jest bardziej proeuropejski niż Rada, a to stanowisko korzystne z punktu widzenia polskiej racji stanu.
Dziękuję za rozmowę.