Aktualności
Newsy
02-02-2010
Pieniądze narzędziem polityki
„Właściwi ludzie na właściwych stanowiskach” – tak o polskim eurodeputowanym Januszu Lewandowskim powiedział przewodniczący Komisji Europejskiej José Barosso, przydzielając mu tekę szefa ds. budżetu w nowej Komisji Europejskiej, która rozpoczęła pracę 1 lutego 2010 roku. Publikujemy rozmowę z Januszem Lewandowskim, zamieszczona w „POgłosie”.
„Pogłos”: Przebył Pan drogę od gdańskiego liberała do komisarza Unii Europejskiej.
Janusz Lewandowski: Mojej wędrówki nie musi – na szczęście – powtarzać młody narybek PO, by zadomowić się w Europie. Zanim się przejaśniło w moim życiu, a młoda inteligencja Wybrzeża odkryła, że mówi liberalną prozą, byłem świadkiem ponurych kart najnowszej historii. Choćby Grudzień 1970 roku, kiedy trafiłem na studia do Gdańska. Mój sprinterski talent czynił mnie nieuchwytnym, ale widziałem jak milicja strzela do ludzi. Albo Grudzień 1981, znowu czołgi w Gdańsku i szlachetny, ale bezradny strajk na Uniwersytecie Gdańskim! W międzyczasie, pierwszy łyk Zachodu, w roli praktykanta AIESEC, tyle że bez twardej waluty, co oznaczało noclegi na dworcach i świeżym powietrzu. Nie narzekam, bo byłem świadkiem, a nawet uczestnikiem wydarzeń, które dziś nazywamy historycznymi. Zaś Gdańsk stanowił ich epicentrum, najciekawsze miejsce w epoce schyłkowego komunizmu. Nic dziwnego, że formowały się tu postacie i środowiska niezwykle istotne dla odrodzonej Rzeczpospolitej. Już w połowie lat 80. doceniłem potencjał grupy, w której byli Tusk, Bielecki, Szomburg, Merkel, Filar i wielu innych. Zwróceni ku przyszłości, dyskutujący scenariusze reform, gdańscy liberałowie wyróżniali się swym pozytywizmem wśród rozmaitych nurtów Solidarności. Byli lepiej przygotowani, gdy wybiła godzina zmian ustrojowych. Byłem w tym zanurzony po uszy, szybko pouczony, jaki jest los reformatorów. Reformy wygrywały, reformatorzy przegrywali, nie tylko w Polsce. Pod koniec lat 90. drogowskaz wyznaczały już kryteria Unii Europejskiej. Zaczęliśmy rozgryzać skomplikowane mechanizmy integracji, od początku nieufnie nastawieni wobec nadmiaru europejskiej regulacji. To mi pozostało, gdy trafiłem do Parlamentu Europejskiego. Najpierw jako obserwator, razem z Lepperem, po wyborach 2004 roku jako szef Komisji Budżetowej. Trudniejszej roli dla Polaka wtedy nie było. To się nazywa „skok na głęboką wodę”! Męczyłem się na początku strasznie, by się nie wygłupić, pośród europosłów z 10-letnim i większym doświadczeniem. Teraz to procentuje, gdy inni komisarze lękają się przesłuchań w Parlamencie Europejskim.
Jakie odniósł Pan najważniejsze, znaczące dla Pana zwycięstwa, a jakie porażki?
Dzieliłem zmienne losy z całym gdańskim otoczeniem. Zwłaszcza z rodziną, która spokojnie wytrzymała wszystkie historyczne i osobiste zakręty. Dobrze, że wybrałem drętwą ekonomię w Sopocie, a nie historię sztuki w Krakowie, która mnie bardziej wciągała, bo Trójmiasto wynagrodziło ten wybór – wspomniałem już, że nie było ciekawszego miejsca w naszej części Europy w latach 70. i 80. Nie spełniłem swych ambicji sportowych, zabrakło talentu i należytego, zdrowego stylu bycia, ale polecam przygodę sportową każdemu, bo hartuje i ubarwia życie. Zwłaszcza w akademickim wydaniu, choćby dlatego, że moje kumpelki z bieżni zawsze obierano „misskami” na zawodach, także za granicami. Trudniej ocenić bilans mego osobistego udziału w reformach, na progu lat 90. Prywatyzacja zawsze i wszędzie jest piekielnie niewdzięcznym zadaniem. Ale to też była przygoda! Niepowtarzalny czas przełomu, „odkręcania” socjalizmu, który mocno utrwalił się w ludzkich głowach. Nikt mi nie zabierze satysfakcji, jaką był rozruch, w kwietniu 1991 roku, pierwszej giełdy świata postkomunistycznego, a umieściliśmy ją w gmachu po KC PZPR, co miało posmak dziejowego symbolu.
A później, w Brukseli? Jak ocenia Pan swoje działania w poprzedniej kadencji Parlamentu Europejskiego, gdy był Pan na czele Komisji Budżetowej, negocjując wtedy zapisy budżetu na lata 2007-2013 i zwiększenie jej wydatków?
Uważam, że cała drużyna PO zapisała niezłą kartę w Parlamencie Europejskim. Staliśmy niejako na polskiej bramce, broniąc reputacji, gdy oficjalną twarz kraju stanowili Kaczyńscy z Giertychem i Lepperem. Ja zaś przeobrażałem się z „malowanego” szefa Komisji Budżetowej w prawdziwego, zyskując – mam nadzieję – odrobinę szacunku i sympatii. Co się przyda teraz, w nowej roli. Było to o tyle trudniejsze, że porwałem się na organizację masowych imprez promujących Polskę. Z okazji naszego wejścia do Unii w roku 2004 i z okazji 25-lecia Solidarności w roku 2005. Mało kto wie, że były to pierwsze w dziejach TVP koncerty i imprezy galowe, nagrywane w całości i retransmitowane z zagranicy. Animatorka tych imprez, Angelika Chomicka została uhonorowana Złotym Krzyżem Zasługi przez Prezydenta RP, a teraz będzie filarem mego gabinetu w Komisji Europejskiej. Polska zbyt rzadko wychodzi ze swą promocją z wnętrza ambasad i konsulatów na otwarte przestrzenie, ku masowej widowni...
Komisarz do spraw budżetu to satysfakcja, a może trochę rozczarowanie? Czy już stawia Pan sobie jakieś zawodowe cele, zadania?
Mamy dokładnie to, czego chcieliśmy. Mamy szefa Parlamentu Europejskiego, szefową Komisji Regionalnej i wpływ na budżet. Nie musimy reagować na zaczepki opozycji, która w Brukseli przemyka wstydliwie, bokami, praktycznie niezauważalna. Polacy swój rozum mają i wiedzą, ile znaczy budżet europejski dla kraju na dorobku. Wiedzą też, że jakakolwiek polityka czy deklaracja, niezaopatrzona w pieniądze, czyli linię budżetową, pozostaje frazesem bez pokrycia. Wszyscy są klientami budżetu.
Rozmawiała Katarzyna Gonta-Grabiec