Aktualności
Newsy
31-07-2009
Twierdza Warszawa
65 lat temu, 31 lipca po południu generał Tadeusz Bór Komorowski wydaje rozkaz i ustala godzinę „W” na 1 sierpnia. Łącznicy otrzymują rozkaz 1 sierpnia rano. Do 17 trzeba było zdążyć na miejsca zbiórki, wydobyć broń, przygotować ekwipunek. Bohaterowie ruszają w bój. Jak pamiętają 1 sierpnia 1944? "Euforia. Niemcy z podniesionymi rękami" - tak wspomina ten dzień jeden z uczestników Powstania.
Prezentujemy fragmenty wspomnień bohaterów Powstania Warszawskiego:
Ewa Abrysowska (z d. Morawińska), pseudonim "Lesia" łączniczka, plutonowy Zgrupowania "Żywiciel":
Wszyscy musieliśmy pójść na punkt.
To było przy ulicy Mickiewicza, koło wiaduktu zaraz. Po lewej stronie Mickiewicza, niedaleko dworca.
Mnie wysłali wtedy po coś, już nie pamiętam po co, na Bielany. I dali mi rowerek, ale taki mały rower, dziecinny taki, kolana gdzieś pod brodą. Pojechałam tam. I wracając, to była może trzecia, w pół do czwartej, zaczęła się niesamowita strzelanina przy ulicy Suzina. I właśnie nie wiedziałam, co to się stało, czy to już Powstanie, czy... Tam jakaś wpadka była wtedy. Tak, że dojechałam tam i na Żoliborzu się zaczęło wcześniej wszystko.
Potem z kolegą poszliśmy zawiadomić lekarza, który mieszkał przy placu Inwalidów, że Powstanie wybuchło. To był doktor Sosna, który wtedy był głównym lekarzem AK. Tak, że już bramy wszystkie były pozamykane. Przez bramę musieliśmy przeskakiwać, żeby się dostać do bloku. I potem była klapa, oczywiście, na Żoliborzu. Wojska musiały się wycofać.
Jan Antoszewski, pseudonim „Mały”, strzelec, kapral podchorąży, Obwód VII „Obroża”, Batalion „Zaremba-Piorun”:
Euforia. Niemcy z podniesionymi rękami, śpiewy, radość ogólna, sztandary.
Stanisław Aronson, pseudonim „Rysiek”, podporucznik Kedyw, Kolegium A, Wola, Stare Miasto:
Pierwszym zadaniem miała być ochrona Komendy Głównej Armii Krajowej. Później w ostatniej chwili dostaliśmy, żeby się przyłączyć jako oddział dyspozycyjny „Radosława” w grupie „Północ” i zdobyć Umschlagplatz. Nie mieliśmy sami zdobywać, wiedzieliśmy, że to może być bardzo trudny obiekt. Do nas się miał stawić pułk ułanów. „Stasinek” rozmawiał z dowódcą pułku. Oni mieli przyjść po dwóch, trzech, godzinach się przyłączyć do nas. Przyszedł pułkownik powiedział: „Tak, ludzi mam, ale nie ma w ogóle broni. Nic nie mam. Możecie nam dać broń.” Powiedzieli: „My nie mamy dla was broni, my wam broni nie możemy dać. Nie ma sensu, żebyście się do nas dołączyli, bo my nie potrzebujemy ludzi, jeszcze ludzi nie wyszkolonych.” To się nazywało, że to jest pułk ułanów ludzi wyszkolonych, to było nic. Wyobrażam sobie jak większość oddziałów Armii Krajowej była niewyszkolona. To byli młodzi ludzie, jak oni mieli jeszcze wykształcenie wojskowe sprzed wojny, to jeszcze jako tako, ale jak nie mieli? To było parę tysięcy wyszkolonych, ci zrobili Powstanie, a reszta później złapała rewolwer...
Wiesława Ambroziewicz, pseudonim "Joanna", łączniczka, formacja: Wojskowa Służba Kobiet VI Obwód Praga:
To była [godzina] chyba dziesiąta czy jedenasta, przyszła moja komendantka, bo przeważnie te zbiórki były w moim mieszkaniu, bo [było] bezpieczne wejście. Powiedziała, żeby natychmiast dziewczynki wszystkie pozawiadamiać, [o] godzinie 14 mamy już być wszystkie zebrane. Zaraz człowiek nogi za pas i powiadomiło się koleżanki. My wszystkie czekałyśmy. O czwartej przyjechała Teresa, to była nasza komendantka i Natalia - ona była raczej komendantką, chyba na całe Bródno, na kilka punktów, była wyższa troszkę rangą. Powiedziała, żebyśmy czekały. Teresa mnie o godzinie czwartej zabrała i poszłyśmy razem na Bródno, na ulicę Budowlaną. Na Budowlanej już było więcej dziewcząt - jak ja i dostałyśmy potwierdzenie, że Powstanie rozpoczęte. Z tą wiadomością przemaszerowałam przez Bródno, bo to od Budowlanej to spory kawałek, oczywiście do grupy z powrotem. Idąc po drodze już spotkałam mojego ojca, który stał przy kościele z rączką w kieszeni, bo miał zawsze broń w domu, tata też należał... więc powiedział: „Już mamy szkopów w szkole”. Tak wyglądało nasze rodzinne porozumienie się. Bo oni od razu gdzieś Niemców złapali i momentalnie ich uwięzili w szkole, na ulicy Bartniczej.
Potem wróciłam do grupy. Na razie siedziałyśmy i czekałyśmy, co dalej będzie się działo. Na razie nic się nie działo. Część dziewcząt wyszła na boisko szkolne, tam miałyśmy przydział przy szkole, inne czekały.
Potem zaczęły się nasze wyprawy różne. Zaraz drugiego dnia trzeba było przenieść meldunek na Brukową, do „Anioła”. To, z koleżanką drugą, właśnie Janeczką Szyszkowiec, zgłosiłyśmy się, bo my zawsze byłyśmy na ochotnika. No i [po]szłyśmy na Brukową. Z Bródna wcale nie było tak łatwo przejść, bo tam przecież wszędzie byli Niemcy. My to Bródno dobrze znałyśmy, bo tu mieszkałyśmy, więc od razu trzeba [było] bocznymi ulicami przez dziurę wejść na cmentarz. Cmentarzem między grobami sobie przejść i znowu wyjść przez dziurę. I hen, poszłyśmy gdzieś tam, daleko,
przez pola, przez kartofliska aż na Targówek, ale to taki daleki Targówek, aż do Radzymińskiej wyszłyśmy, bo innej drogi nie było. Później z tej Radzymińskiej, Ząbkowską nie można było przejść, [ale] tam na Ząbkowskiej chłopcy byli zorganizowani wspaniale. Jak powiedziałyśmy takiemu chłopakowi: „Słuchaj jak tu trzeba przejść, bo musimy [iść] do Targowej”. [To były] takie cwaniaczki, ale tacy mili chłopcy, naprawdę, honorowi tacy. No i prowadzili nas z podwórka na podwórko, różnymi „przechodniakami”, tak, że nawet paru metrów nie szłyśmy ulicą. Tak mieli zorganizowane na tej Ząbkowskiej, że i piwnicą się przechodziło i gdzieś tam do dołu się wchodziło, tak dostałyśmy się do samej Targowej.
Na Targowej wychodzimy, a tu idą Niemcy, [...] wzdłuż ulicy oni szli, w poprzek znaczy. Ich było ze trzydziestu chyba. Stanęłyśmy, no i nie wiemy, co robić. Oni oczywiście na nas: Halt!. Co z nami zrobią? Zabiorą czy... my takie byłyśmy szczuplutkie, takie dziewczyninki, że widocznie nie uważali nas za groźnych wrogów. Powiedziałyśmy, że idziemy babcię [odwiedzić], bo nasza babcia chora. Koleżanka znała kilka słów po niemiecku, mówi: Krank, krank. Puścili nas, tylko żeby nas więcej nie zobaczyli. Doszłyśmy na ten punkt, opowiedziałyśmy, że Niemcy... Jak przekazałyśmy ten meldunek, to potem musiałyśmy wracać z powrotem. Na razie nie można było, trzeba było czekać do godziny trzeciej, bo podobno o trzeciej oni się zmieniali. Przychodzili inni, a tamci szli już sobie odpocząć, ci Niemcy właśnie, żeby drugi raz tych samych nie spotkać w powrotnej drodze, bo mogło tak się zdarzyć. Z powrotem nam się udało przejść tak, że na godzinę w pół do dziewiątej wieczorem byłyśmy z powrotem już na Bródnie. To trwało cały dzień, to był kawał drogi, a jak jeszcze trzeba było tam obchodzić do Radzymińskiej, po różnych kątach, piwnicach no to zeszło.
Zygmunt Arciszewski, pseudonim „Orzeł”, łącznik, Harcerska Poczta Polowa, Śródmieście Południowe, Las Kabacki, w chwili wybuchu powstania miał 13 lat:
Widzieliśmy ten moment. Wtedy po trzech chodzili w patrolu Niemcy z tymi blachami... I nagle strzały się zaczęły. To my do okna, patrzymy, rozbrajają tych Niemców. Tam chyba jednego zabili, już nie pamiętam. No i to Powstanie. Trzy dni siedzieliśmy na Mokotowskiej. Już nie było mowy o wyjeździe do Piastowa. Po trzech dniach... Miałem klucze od Mokotowskiej i część ubrań na te wczasy brałem z stamtąd. Cały odcinek jest osiemset metrów, kilometr, od Pawlaków do nas, do Mokotowskiej 65. Tam się szwendałem. Ojca nie spotkałem, byłem sam, nie miałem co jeść. Była taka sąsiadka, kiedyś jak u niej mieszkaliśmy, nazywaliśmy ją ciotka Zielińska. Bardzo przyjemna pani. Chyba ona jedna wiedziała o Polanowskim, że tam się u nas ukrywał. Tylko nie wiedziała, kto to jest oczywiście. No i tak chodziłem, bo w Śródmieściu było dosyć swobodnie. Pomagałem barykady budować. Podobno jestem nawet na kronice.
George Robert Adams, warrant flying officer, Dywizjon 178, latał samolotami Liberator, z których dokonywano zrzutów dla powstańców:
Miasto było w ogniu. Było dużo dymu. Nie całe było w ogniu, ale duże części miasta paliły się ....... Wiedzieliśmy, że musimy spróbować znaleźć, poprzez dym, strefę zrzutu, a było ciężko dostrzec, co się dzieje. Widzieliśmy poprzez chmury płomienie unoszące się znad miasta i widać je było z odległości siedmiu mil, zanim tam dotarliśmy.
Poinstruowano nas, abyśmy lecieli nad miasto. Miejsce nazywało się chyba Cytadela i w środku, za nią był biały krzyż na ziemi. Mieliśmy lecieć, w przybliżeniu, w kierunku zachodnim i odnaleźć te znaki, ale było bardzo trudno je zlokalizować ze względu na dym.
To był biały krzyż – linie krzyża w kierunku, gdzie mieliśmy lecieć. Nie mogliśmy jednak ich dojrzeć na początku, więc lataliśmy wokół, aby je znaleźć.
Strona Muzeum Powstania Warszawskiego