Aktualności
Naszym zdaniem
28-04-2008
Arkadiusz Rybicki: Życie na podsłuchu
Często spotykam się z młodzieżą szkolną. Nie interesuje się ona zbytnio polityką, słabo historią. Ale czasem ktoś z wesołą mina zapyta o PRL. Jak to było w czasach, które znamy tylko z opowiadań rodziców albo filmów Barei? Z czym kojarzy się ten okres?
Pytam wtedy, czy ktoś oglądał - nominowany do „Oscara” - film Floriana Henckela von Donnersmarcka „Życie na podsłuchu”? Życie w PRL kojarzy mi się właśnie z podsłuchem. Niemiecki film opowiada o agencie służby bezpieczeństwa STASI, podsłuchującym opozycyjnie nastawioną grupę ludzi. Bohater opowieści, kapitan Gerd Wesler robi to perfekcyjnie, zna każde nagrane zdanie wypowiadane przez podsłuchiwanych obywateli NRD, na zimno je analizuje. Wydaje się, iż nie posiada ludzkich uczuć. Jednak w istocie jest inaczej. Podsłuchując swoje ofiary zaczyna żyć ich życiem. Widzi, że to nie żadni wrogowie „ludowego” państwa niemieckiego, tylko zwykli ludzie z codziennymi problemami. W agencie pojawiają się ludzkie uczucia, zmienia się na naszych oczach.W PRL Służba Bezpieczeństwa tez zakładała podsłuchy tym, którzy nie uznawali „kierowniczej roli partii””, nie akceptowali komunizmu i sprzeciwiali się łamaniu praw człowieka. Jednym z tych ludzi byłem ja. Od 1977 do 1989 roku miałem w mieszkaniu podsłuch założony przez tajną milicję polityczna. Spotykałem się w domu z wieloma ludźmi, przeważało moje rodzeństwo i koledzy, Aleksander Hall, Dariusz Kobzdej, Bogdan Borusewicz, który mieszkał nieopodal. Przede wszystkim jednak żyłem, jak normalny młody człowiek, miałem żonę i dwójkę małych dzieci. Zwykła rodzina, borykająca się z „kartkową” codziennością. Domyślaliśmy się, że jest podsłuch. Zamiast rozmawiać, pisaliśmy na kartkach, nie wymienialiśmy głośno żadnych nazwisk, adresów, kontaktów, sum pieniędzy, nie krytykowaliśmy innych. Codziennemu życiu towarzyszyła niepewność, czy nie za dużo wczoraj powiedzieliśmy? W mieszkaniu wisiały ostrzeżenia - „uwaga podsłuch!”. Niezorientowani znajomi i rodzina różnie na to reagowała, czasami spoglądali po sobie, robili dwuznaczne miny. Raporty z podsłuchu były skrupulatne i dokładne, za duży wysiłek został włożony w zainstalowanie ukrytych mikrofonów i nadajników, aby można było cokolwiek przeoczyć. Wiadomo to dziś z dokumentów znajdujących się w IPN. Większość raportów zniszczono. Pozostali ludzie, którzy „opracowywali” – jak enerdowski kapitan Wesler – codzienne życie mojej rodziny. Są niemymi świadkami złej strony PRL. Ciekaw jestem, co czują i co się z nimi dzieje?